Już “Po zachodzie słońca” pokazało, że Stephen King powraca do wysokiej formy. Jej apogeum przypadło na “Pod kopułą”.

Chester’s Mill pewnego dnia zostaje przykryte tajemniczą kopułą. Rozbija się samolot, widzimy świstaka przecinanego na pół. Ludzie zostają zamknięci i nie mają szans (na razie) na wyjście z sytuacji. Oczywiście taka izolacja nie przynosi nic dobrego. W ludziach (i tak zepsutych do szpiku kości) budzą się pragnienia i żądze, za które powinni wisieć na najbliższym drzewie. Są oczywiście też osobnicy dobrzy (Barbara – weteran z Iraku), którzy muszą stoczyć walkę z szatanem. A jego siła rośnie w miarę zbliżania się do końca…
Motyw apokalipsy w poprzednich powieściach Kinga nie wychodził najlepiej. Oczywiście jest ciekawy “Bastion”, ale już “Komórka” nie należy do powieści najwyższych lotów. Są samotni wędrowcy, którzy przeżyli i szukają schronienia i innych ocalonych. To jednak pikuś w porównaniu z “Pod kopułą”.
Dwa obozy – dobry i zły pokazują, jakie instynkty kierują ludźmi w sytuacjach ekstremalnych. Najpierw przestaje się liczyć prawo. Potem ludzie za nic mają najwyższe nakazy. Na końcu jest samowolka. Jedni chcą kopuły, inni chcą kopułę zlikwidować. A King jako wszechwiedzący doskonale oddaje tę walkę i wszystkie uczucia z nią związane.
Dostaje się także politykom, mediom i … sieci, która w “Pod kopułą” odgrywa również ważną rolę. Niestety znów nie popisano się z tłumaczeniem. Dlatego lepiej w miarę możliwości sięgać po oryginał, który pokazuje prawdziwy artyzm języka mistrza.
1000 stron doskonałego wypasu – obowiązkowo trzeba przeczytać.
“Pod kopułą”
Stephen King
Prószyński i S-ka
2010