Moda na Schmitta za sprawą jego nowej książki znów ożywa. Warto więc wrócić do początków jego obecności na polskim rynku wydawniczym. Na początek “Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”.

Kiedy mały Momo podkrada smakołyki w sklepie pana Ibrahima, nawet nie podejrzewa, że stary Arab, który tak naprawdę wcale nie jest Arabem, stanie się wkrótce jego przyjacielem i duchowym przewodnikiem. Nie podejrzewa, że ten człowiek tak zmieni jego życie. Nie podejrzewa, że może być tak bardzo szczęśliwy. Ale po kolei…
Momo jest wyznania mojżeszowego. Ibrahimowi bliżej jest do Koranu. Te dwie religie, które za bardzo nie pałają do siebie miłością w książce Schmitta stanowią tylko tło do właściwego sensu opowieści. Można być szczęśliwym i będąc Żydem i będąc Muzułmaninem. Poza tym nie każdy Żyd to złodziej, a Muzułmanin to terrorysta.
Takie utarte schematy tylko utrudniają nam życie, co pokazuje przykład Momo. Maska, którą zakładamy; poza, którą przybieramy winny być jedyne i prawdziwe – nasze. Inaczej ciężko z tego życia się cieszyć, o lekkości bytu nie wspominając.
Schmitt ma lekkie pióro, które czyta się z przyjemnością. Analiza ludzkiego bytu zarówno widoczna w słowach jak i ukryta gdzieś pomiędzy kropką i przecinkiem robi wrażenie. I nie ma racji dziennikarka “Przekroju” porównując autora “Oskara i pani Róży” do Coehlo. Emmanuel to zupełnie inna – wyższa półka. I w myśli i w słowie i w …. (właściwe wpisać).
Wyśmienita literatura.
“Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”
Eric Emmanuel Schmitt
Znak
2004